Podróż do Australii – doświadczyć tego co nieosiągalne

Posted on

Mieliście kiedyś tak, że jakieś miejsce towarzyszyło Wam odkąd pamiętacie? Nie wiadomo co i kiedy przykuło w nim Waszą uwagę, ale zawsze gdy o nim słyszycie, to budzi ekscytację? Od zawsze chcieliście je zobaczyć na własne oczy. Zweryfikować rzeczywistość z tym, co znacie z mediów, ale jednocześnie zawsze wydawało Wam się na tyle odległe i abstrakcyjne, że nawet nie sądziliście iż kiedyś będziecie mogli je odwiedzić? W moim przypadku takim miejscem jest Australia.

Odkąd pamiętam budziła ona we mnie ciekawość. Kiedy ktoś pytał mnie „jeśli mógłbyś wybrać miejsce, które chciałbyś odwiedzić i nie miałbyś ograniczeń jeśli chodzi o czas, koszty itp.” to Australia pojawiała się na czele mojej listy. Nawet dziś ciężko mi powiedzieć skąd to zainteresowanie akurat tym rejonem świata. Jest przecież wiele innych wspaniałych miejsc na naszym globie, które mogą być równie ciekawe. Australia jednak kojarzyła mi się od zawsze z zupełnie innym światem. Może dlatego, że to nie tylko bardzo odległy kraj, ale też jednoczenie kontynent. Ogromny i jakby odseparowany od reszty świata teren. Dzięki temu jest tak bardzo różnorodna. Rozmaita fauna i flora. Z jednej strony dzikość natury i zapierające dech w piersiach krajobrazy, kontra nowoczesność i dynamicznie rozwijające się miasta na wysokim poziomie z drugiej. Wszytko to obok siebie, niemal na wyciągnięcie ręki – jeśli oczywiście jest się na miejscu.

Sydney guide, Australia

Pamiętam, że na moim pierwszym komputerze, jako tapetę często można było zobaczyć operę w Sydney, Harbour Bridge, lub inne znane z Australii miejsca. Dziś, wiele lat później na moim pulpicie ponownie widnieje Sydney Opera House, ale nie jest to już zdjęcie z internetu, lecz zrobione osobiście przeze mnie. Uznałem, że fajnie będzie podzielić się doświadczeniem jakim jest zrealizowanie czegoś, co było przez długi czas jedynie w sferze marzeń i to tych mało realnych do spełnienia. Chciałem podzielić się odczuciami jakich się doznaje, gdy doświadcza się tego co nieosiągalne. Gdyby ktoś jeszcze jakiś czas temu powiedział mi, że będę pić kawę siedząc na ławce, spoglądając na panoramę Sydney z operą na czele i że Australia nie będzie już tylko nieosiągalnym marzeniem, marne szanse bym mu uwierzył.

Sydney Opera House

Australia, slow life

Tymczasem nieprawdopodobne rzeczy dzieją się naprawdę. Przy odrobinie sprzyjających okoliczności, to czego przez większość czasu się nie spodziewasz, zaczyna stawać się rzeczywistością. Rzekłbym iż sprzyjające okoliczności są dość istotnym tutaj czynnikiem. To niemal jak w filmie Incepcja, wystarczy by w odpowiednim momencie powstała idea. Taka w którą się wierzy i która się rozprzestrzenia. Dodatkowo, jeżeli ową ideą nie jest się zarażonym samemu, to tym łatwiej się ona urzeczywistnia. Właśnie tak było z Australią. We właściwym momencie, w sprzyjających okolicznościach urodził się pomysł, którego nic nie mogło powstrzymać. W taki właśnie sposób nagle zdajesz sobie sprawę, że siedzisz w miejscu, w którym zawsze chciałeś się znaleźć. Jesz pączka i pijesz najpyszniejszą kawę jaką piłeś w życiu, choć kosztowała zaledwie 4 australijskie dolary.

Lubię przywoływać w myślach to uczucie jakie towarzyszyło mi, gdy idąc ulicą na pierwszy spacer po Sydney, na horyzoncie zaczęła wyłaniać się opera. Uczucie, które nasiliło się, gdy stanąłem bezpośrednio przed nią. Mogłem zobaczyć ją z każdej strony, obejść wokół, wejść do środka, czy też siąść po drugiej stronie zatoki i rozkoszować się widokiem jaki mnie otaczał.

Sydney Opera House, Australia

Sydney Opera House, Australia

Sydney Opera House, Australia

Czas płynął powoli. Pogoda była cudowna. Było bardzo gorąco, ale nie dajcie się nabrać na opowieści o nieustannie palącym słońcu i wszędobylskich pająkach zabójcach. Prawdą jest, że w Melbourne w środku lata pogoda potrafi różnić się znacznie nie tylko z dnia na dzień, ale też z godziny na godzinę. Budzisz się i jest pochmurno, lub nawet pada deszcz? Nie oznacza to, że popołudnia nie spędzisz na plaży i odwrotnie. 6 stycznia był jednym z najgorętszych dni tego lata. Idealne święto Trzech Króli, które przecież kojarzy się z zimową aurą. Prawie cały mieliśmy spędzić na plażowaniu. To pierwszy tak leniwy dzień. Niemal w jednej chwili pojawił się bardzo silny wiatr, który porwał naszą altanę i wywracał wszytko co napotkał. Plaża pustoszała z minuty na minutę i drugą część dnia trzeba było spędzić inaczej. Nie znaczy to, że gorzej, bo popołudnie w ogrodzie przy barbecue i jacuzzi, to też świetna opcja.

Kiedyś nie byłem fanem wysokich temperatur, ale tamtejszy klimat bardzo przypadł mi do gustu. Prawdą jest też, że w Sydney odczuwalna temperatura jest jeszcze wyższa. Tam wcale nie musi być pełnego słońca. Może ono być za chmurami, a i tak potrafi być bardzo gorąco. Przekonać się o tym można było już podczas kilkunastominutowego spaceru ze stacji do hotelu. Powiedziano mi iż w Sydney jest jeszcze cieplej. Spakowałem więc do walizki tylko ubrania z krótkim rękawem. Porzuciwszy walizki w pokoju, udaliśmy się na pierwszy spacer, który po chwili zakończył się postojem z powodu widocznego poniżej. Nawet ulewa i burze z piorunami w miejscu gdzie ponoć „nie wytrzymacie w tym słońcu”, nie mogą popsuć dnia. Jesteśmy przecież w upragnionym Sydney!

Elizabeth St, Sydney, Australia

Stacjonowaliśmy w mieście i w nim głównie spędzaliśmy czas. Obcowanie z przecudowną naturą odbywało się w ramach całodziennych wycieczek. Fantastyczne jest to, że można wyjechać rano, by jeszcze przed południem znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu. Zapomina się wtedy o drapaczach chmur, tłoku i zgiełku wielkiego miasta, które mijało się parę godzin temu. Tamtejsze krajobrazy pozostaną w pamięci na zawsze.

Best Australian view

Blue Mountains, Australia

Blue Mountains, Australia

Bondi Beach, Sydney, Australia

Architektura w Sydney zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Bardzo podobało mi się połączenie nowoczesnych budynków z kamienicami, które były równie imponujące. Tutaj stare współgra z nowym i robi to perfekcyjnie.

Circular Quay, Sydney, Australia

Sydney, Australia

CBD, Sydney, Australia

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, co w Sydney robi największe wrażenie. Zapewne na każdym coś innego, ale w moim przypadku magiczne wrażenie robi całokształt. Każdy element tego miasta nie byłby taki sam bez innego. Poszczególne ikony uzupełniają się nawzajem. Najbardziej znaną jest Sydney Opera House. Nie byłaby tym samym gdyby nie Harbour Bridge. To właśnie z niego zrobione jest tytułowe zdjęcie. Sam most imponuje swoim ogromem, masywnością i wyglądem. Warto tu wspomnieć, że piesze zwiedzanie Sydney sprawdza się idealnie. Spacerując pomiędzy najbardziej znanymi miejscami, napotyka się te mniej oczywiste, okrywa więcej detali. Najlepszym sposobem na poczucie klimatu jest powłóczyć się po mieście. Szukać wejścia na most. Przejść przez most, zatrzymać się na nim, łapać chwile. To nie to samo co przejechać przez niego samochodem. Umknęło by nam też sporo szczegółów gdyby nie długa, piesza wycieczka jaką tego dnia odbyliśmy nie tylko po centrum Sydney.

Harbour Bridge, Australia

Harbour Bridge

Sydney Lunapark, Australia

Ten wpis zawiera tylko ogólne i pierwsze wrażenie związane z moim postrzeganiem Sydney. Można by się rozpisać znacznie bardziej o poszczególnych kategoriach takich jak przyroda, architektura, poszczególne atrakcje. Niewykluczone iż tak zrobię, bo jest wiele elementów zarówno tego miasta jak i innych odwiedzonych przez nas australijskich miejsc, o których można opowiadać osobno. Nie było przecież jeszcze mowy o Bondi, oraz pozostałych wspaniałych plażach jakie można zobaczyć podczas coastal walks. Royal Botanic Garden, Great Ocean Road, Wilsons Promontory, Fort Nepean, Melbourne… każde z tych miejsc wzbudza emocje i pozostawia inne, ale równie niezapomniane wrażenie.

Patrząc na wyprawę do upragnionej Australii pod kątem całości, to można się zastanawiać czy taki wyjazd się opłaca. Jest to ogromne terytorium przez co trzeba iść na kompromis i skupić się na wybranym fragmencie. Nie sposób odwiedzić wszystkiego co ma się na liście. Dla przykładu, Ayers Rock nie było mi dane podczas tej wyprawy zobaczyć, ale może i dobrze. Niedosyt pozostaje. Nie wszystkie australijskie ikony zostały przede mną odkryte, więc ciągle jest po co tam wrócić. Tego sobie też życzę.

Trzy i pół tygodniowy pobyt to z jednej strony dużo, a z drugiej mało na tak rozległe miejsce jakim jest Australia. Zgodzę się iż można było zobaczyć w tym czasie więcej. Nie chodzi jednak o to, by zwiedzanie nowych miejsc wyglądało jak wyścig z punku A do B. Lepiej jest zostać w jednym miejscu dłużej niż pierwotnie się zakładało, tak jak np. zrobiliśmy to z Sydney. Wszytko po to, aby nie tylko zobaczyć największe atrakcje i najbardziej znane miejsca tego cudownego miasta, ale by mieć czas poszwendać się po nim, poczuć jego klimat, siąść na ławce i napić się kawy, czy też zjeść śniadanie na trawie w Royal Botanic Garden i choć przez chwilę poczuć się tak, jakby było się jego częścią. To właśnie w takich chwilach, gdy zatrzymujesz się, siadasz, rozglądasz chłonąc otaczające Cię widoki, stwierdzasz, że jest pięknie. Wtedy wiesz, że było warto.

Harbour Bridge, Australia

 

*Wszystkie zdjęcia wykorzystane na stronie są moją własnością.